Wbrew powszechnej tendencji, nie każde państwo dąży do regulowania i ścigania nielegalnego hazardu. Jednym z przykładów jest Kanada, która co prawda posiada prawne unormowania tej kwestii, ale nie jest zbyt skłonna do ścigania jej naruszeń, zwłaszcza przy okazji grania online.
![]()
Kanadyjskie prawo pozwala obsługiwać strony z zakładami wzajemnymi i loteriami wyłącznie rządom prowincji. Tymczasem szacuje się, że obywatele tego kraju mają dostęp do około 2 tysięcy stron internetowych, za pośrednictwem których mogą grać w pokera czy ruletkę. Jak się okazuje – zupełnie bezkarnie.
"Dla policji nie jest to sprawa priorytetowa. Mają grubsze ryby do złowienia" – bez ogródek mówi serwisowi canada.com Stanley Sadinsky, emerytowany profesor prawa na Queen's University w Kingston. Szacuje się jednak, że w ciągu roku przez zagraniczne serwisy przepływają około 4 miliardy dolarów pochodzące od kanadyjskich graczy.
Niezadowoleni są oczywiście legalnie działający operatorzy. Paul Burns, wiceprezes Canadian Gaming Association mówi, że z radością przyjąłby jakiekolwiek uregulowania dotyczące zagranicznych operatorów. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że obecny stan jest społecznie akceptowany i nie jest poważnym problemem w sferze publicznej.
Eksperci twierdzą, że działalność tych serwisów stoi w sprzeczności z kanadyjskim prawem, zdają sobie jednak sprawę, że w obecnej sytuacji trudno cokolwiek z tym zrobić. Teoretyczne aresztowanie operatora byłoby możliwe tylko wówczas, gdby przekroczył on granicę Kanady.
Kluczowa jest też sprawa mentalności. Sadinsky twierdzi, że policja z pewnością nie będzie pukać do drzwi zwykłych obywateli i sprawdzać, co robią na swoich osobistych komputerach. Jak widać, pojęcie miru domowego to dla nich coś więcej, niż dla polskiej Służby Celnej.
źródło: www.canada.com
